Tak, tak, słynne zabawy z maskami gazowymi, o których uczniowie szkół z poziomu niższych niż licea tak często słyszeli od swoich znajomych licealistów. Dzisiaj przyszła kolej na mnie. Tylko że u mnie odbywało się to trochę inaczej.
Pan Profesor przede wszystkim nikomu nic nie kazał, sporo opowiadał, mówił jak się zachować i tego typu sprawy. Kiedy omówiliśmy już cały proces związany z montowaniem masek, spytał się, kto chce założyć. A że my uczniowie z reguły jesteśmy świata ciekawi, nie zaprzepaściliśmy oczywiście takiej świetnej okazji.
Po założeniu masek, Pan Profesor mówi, że Ci, którzy założyli, to już mają piątki. Jeśli przebiegną się z 4 piętra na parter i z powrotem, to dostaną szóstki. Chwila konsternacji, popatrzyliśmy się na siebie w tych śmiesznych maskach (modele wojskowe sprzed lat minimum 20, może i nawet 30). No i ruszyliśmy…
Biegiem na dół, z łomotem, po drodze śmiejąc się i krzycząc. Przez ramiona mieliśmy oczywiście przewieszone torby te specjalne torby.
Punktem kulminacyjnym jednak było już ku — wszystkich — zdziwieniu czwarte piętro. Tam bowiem spotkaliśmy wychodzących z wykładu studentów (tak naprawdę, większość stanowiły kobiety, bo nasza szkoła gnieździ się razem z Wydziałem Pedagogiki UW).
I tutaj przez moment poczułem, jakby naprawdę był atak gazowy — ten piskliwy krzyk, wybałuszone ślepia, łapanie się za klatkę piersiową.
No bo wyobraźcie sobie zgraję licealistów w pełnych maskach gazowych wybiegających nagle z korytarza z krzykiem. Toż to musiał być szok!

0 Odpowiedzi do “Zabawa na przysposobieniu obronnym”