7.25. Budzik rozpoczyna odgrywanie swojego jazzopodobnego kawałka. Z impetem wyskakuję z łóżka i robię duży krok do biurka, aby go wyłączyć. Zawsze tak robię. Dzięki temu mam pewność, że do łóżka już nie wrócę i przypadkowo w nim ponownie nie zasnę.
Otwieram klapę laptopa i wciskam przycisk power on. Idę do łazienki, myję włosy. Wychodzę, kierując się do kuchni, otwieram lodówkę. Patrzę na braki, ale wyciągam mleko, masło, szynkę i ogórki kiszone. Zimne mleko wlewam do największego kubka, następnie przelewam do garnuszka, który stawiam na ogniu. Zawsze tak robię. Dzięki temu wiem, ile dokładnie wlać i nie marnuję ani kropli. Jeśli nie rozleję oczywiście.
Mleko się gotuję, a ja kroję wczorajszą bułkę, smaruję masłem, nakładam szynkę i pokrojone ogórki. W przerwie 20 pompek. Wracam do pokoju, odpalam gmaila i ścielę łóżko. Wracam do kuchni i przelewam gorące mleko do kubka z kakao. Swoje śniadanie stawiam obok laptopa, ale kakao wystawiam za okno, aby szybciej ostygło. Rozpoczynam czytanie maili i wcinanie bułki. Po jakimś czasie wypijam mój mocno brązowy napój.
Maile przeczytane, pare newsów przeczytanych. Ubieram się, wypełniam kieszenie portfelem, długopisem, kluczami i komórką. Już jestem gotowy do wyjścia, a zegarek wskazuje 7:55. Mam zapas czasu, bo autobus dopiero o 8:30. Po dwudziestu minutach surfowania po internecie zamykam dom i wychodzę na przystanek.
Tam spotykam dobrego znajomego, 4. klasa technikum gastronomicznego. Pyta dlaczego nie mam garnituru, a ja z dumą odpowiadam – moja szkoła stwierdziła, że stroje galowe są passé. Autobus nadjeżdża, migam kierowcy nowym biletem miesiecznym, siadam i rozpoczynam ze znajomym rozmowę. O tym i tamtym.
Wsiada kumpel z drużyny harcerskiej, wysiadamy na tym samym przystanku, tyle że ja wchodzę do metra. Tam też migam biletem, ale twardszym – kartą miejską, czytnikowi w bramce. Od razu wsiadam do metra, kierunek Kabaty. 4 przystanek mój – Politechnika. Schodami wychodzę na Nowowiejską, a stamtąd na plac Zbawiciela. To już 150 m do mojej szkoły.
A tam stoją uczniowie, i to starsi, i to z mojego roku. Bezbożnicy w głównej mierze, paru spóźnialskich. Zerkam na komórkowy czasomierz i się dziwię. 9:35. Bardzo wcześnie, planowałem godzinę i dwadzieścia minut. Reszta w Kościele św. Zbawiciela. Sakramenty przyjmuje i się modli za udany rok szkolny.
Gadka, szmatka. Typowa, gdy się na coś w grupie czeka. Na pogodę i zdrowie zeszło na początku, dalej na otrzęsiny. Szybko minęło, a katolicy wrócili z bożego domu. Człapiemy na 4. piętro, sala nr 413, taka akademicka, z katedrą. I nawet te pojedyncze ławkokrzesła są. Z napisami różnymi, śmiesznymi. Siadamy, a dyrcio zaczyna swoje przemówienie. Na temat kościoła i 1. września zeszło mu się w dwie minuty. Dalej mówi o szkole, jak zwykle przypominając, że nie wiedzieliśmy, co wybieramy. Mówi o wielu małżeństwach, które zrodziły się pomiędzy uczniami tego liceum. Popełnia gafę przy wymienianiu “kandydata na męża, kandydata na żonę”. Cała sala wybucha śmiechem, to już chyba z raz trzeci, bo dyrektor to niesamowicie pogodny i humorzasty człowiek, strasznie jednak wymagający.
Na katedrę zaprasza uczennicę Asię z nazwiskiem, którego nie pamiętam. Ona przerażona, on nawija. Odpowiada, co rozszerza i tak dalej. Nagle mówi jej, że ona urodziła się w dniu, w którym szkoła zaczęła pracować. A ona kiwa głową w lewo i prawo, bo to nie jej data urodzenia, nie ta Asia. Aplauz i śmiech poraz ponowny. Na katedrę przychodzi już ta właściwa Asia.
Później prosi do siebie kolejnego ucznia Dawida. Chce mu wręczyć nagrodę, bo niefortunnie zapomnieli podczas ceremonii zakończenie ubiegłego roku szkolnego. Finaliście z historii wręcza książkę historyczną, tyle że gratuluje dojścia do finału olimpiady z j. angielskiego. Jeszcze większy śmiech, bo przecież znów podobna pomyłka.
Ale w końcu klasy drugie i trzecie, także absolwenci, którzy przyszli na rozpoczęcie, wyszli z sali, a nam pierwszakom rozdano testy z niemieckiego. 8 osób w ogóle się tego języka nie uczyło, więc po prostu wyszli. Myślę sobie, to zwiększy moje szanse na wejście do grupy B. Patrzę na kartkę, a tam polecenie napisania listu. Wprost genialnie! Jedna z rzeczy, których nigdy nie robiłem. Wiedziałem, że polegnę przy dłuższych pracach pisemnych.
5 kolejnych osób oddaje kartki, przerażone tematem. Moje szanse zwiększają się jeszcze bardziej, a o dziwo list nie był taki straszny, zapisałem 3/4 strony. Prostymi zdaniami typu ja mam, ja lubię, ja mieszkam, ja się nazywam. Czasu 45 minut, mi starczyło 15. Oddałem, pomimo że mówili, że drugą część dostaniemy wszyscy właśnie po tych 45 minutach. Zrobiło tak jeszcze pare osób. Kadra nas pilnująca widocznie stwierdziła, że nie ma sensu, aby tylu ludzi czekało tak długo, więc od razu rozdała nam część drugą.
Gramatyka – trzeba było uzupełnić puste kropki w zdaniach. I właśnie myślałem, że to będzie dla mnie lepsze, a okazało się całkiem odwrotnie. Tej części nie napisałem nawet w połowie, a nawet i tego nie jestem zupełnie pewien. Nic to, mentalnie powitałem klasę A.
Z powrotem byłem w domu na 12:40. Jutro egzaminu żadnego nie mam, ale już środa, czwartek i piątek – owszem. Od jutra też zaczynam życie od godziny 5, ze szkoły zaś wracam w okolicach 17:00-17:30.
I jeszcze jeden dylemat mi pozostał. Rozszerzać j. polski czy nie? W końcu mało który wydział tego wymaga, a byłoby to dla mnie dodatkową pracą, mam już przecież rozszerzaną historię, WOS, angielski, niemiecki.
Czemu akurat klasa A? Dzielone jednak wg poziomu testu z niemca? Ta lepsza czy ta najsłabsza?
I po co wstawać o piątej? Aż tyle czasu potrzebujesz na wszystko i dotarcie?
A polski Ci potrzebny?
W tej szkole są podziały na grupy międzyklasowe, ale że wymóg ministerstwa jest też taki, że trzeba mieć klasy, to po prostu tymi grupami z niemieckiego zależnymi od poziomu są właśnie klasy A, B, C, gdzie C jest najbardziej zaawansowana. Oprócz tych klas z przedmiotów typu matma, polski, historia, WOS i tak dalej są grupy międzyklasowe zależne od poziomu. Może się więc zdarzyć, że z kolegą z klasy spotkam się tylko na paru lekcjach typu WF, fizyka, czy inne, których w tej szkole się nie rozszerza.
O 6 mam autobus, a muszę wstać, ubrać się, umyć włosy, zrobić sobie śniadanie i herbatę, zrobić kanapki do szkoły, spakować plecak i pościelić łóżko.
No właśnie tego nie wiem.
A na którą masz lekcje, że o 6 autobus? Żadnym koło 7 nie dasz rady dojechać na styk? Że godzinka potrzebna, to wiem.
W razie czego zorientuj się, czy będziesz mógł na początku zmienić grupę. Jeśli będziesz potrzebował/nie będziesz wyrabiał – najlepiej decydować się jak najszybciej, póki różnice nie są olbrzymie.
8.15. Ale nie wiem, czy widziałeś Warszawę gnającą do pracy w godzinach 6-8?
Chyba sobie podaruję, nie będę przeginał.
Wiesz, ja dzisiaj jechałem 2 km autobusem komunikacji miejskiej w moim mieście przez 15 minut, takie korki były, ale w Wawie zasuwasz metrem, więc dużych problemów być nie powinno.
Ale najpierw trzeba do niej dojechać, a to też wcale nie jest takie proste. Poza tym, bez korków zazwyczaj do Gdańskiego dojeżdżam w ~50 minut.
Zaczepista szkoła. W moim mieście w najlepszym liceum nosi się na codzień garniak. O niegalowych strojach w życiu nikt nie pomyśli. I jak ty sobie wyobrażasz to, że nie bedziesz wchodizł do kościoła? Takiej opcji nie ma! Ci, którzy nie mają oceny z religii na świadectwie są wyrzutkami. Nie tylko w oczach uczniów, ale i większosci nauczycieli.
Jedno mnie cieszy – mój katecheta ma tytuł doktora. Będzie z kim podyskutować. Może mnie dopuści do bierzmowania
No co do mojego pierwszego dnia, to nic ciekawego, przecież już 3 rok uczę sie w tym gimnazjum
Ani na religię, ani na etykę, choć na nią chciałbym bardzo, bo prowadzi to filozof, tyle że jest na 9 i 10 godzinie, a ja tak czasowo nie wyrobię niestety.
Nie nie, ja tylko tak powiedziałem o suwalskim zacofaniu
Broń Mnie Mój Boże nic nie wyrzucam.
Ja tam sie wyrabiam w 20 minut ze wszzystkim rano, mimo ze, tak wiem, ciezko w to uwierzyc, jestem kobieta:D